Słowo Redemptor

III Niedziela Wielkanocna

 

 

 

CZYTANIA

 

 

 

Tekst, który przed chwilą słyszeliśmy, jest typowy dla Ewangelii wg św. Jana, najtrudniejszej ze wszystkich – jest on tajemniczy, symboliczny, wieloznaczny. Nie ma tu żadnego przypadkowego lub niepotrzebnego słowa, wszystkie coś znaczą i wszystkie łączą się nawzajem. Można ten tekst interpretować na wiele sposobów, ale bibliści najczęściej twierdzą, że dotyczy on misji, którą Jezus powierzył apostołom, czyli Kościołowi, gdyż apostołowie reprezentują tu cały Kościół. To misja głoszenia całemu światu osoby, życia i nauki Jezusa. Spróbujmy się zastanowić nad tym fragmentem właśnie w tym kluczu znaczeniowym.

 

Apostołowie są w Galilei, a więc w swojej ojczyźnie. To sam Jezus kazał im się tam udać. Posłuchali, choć z pewnością nie zrozumieli tego polecenia. Wiedzieli już, że Jezus jest tym obiecanym Mesjaszem, którego naród wybrany oczekiwał od wieków, ale nie wiedzieli, co dalej się stanie. Bolesne przeżycie Wielkiego Piątku nauczyło ich nieufności wobec ich własnych przypuszczeń i spekulacji oraz powierzenia się całkowicie Mistrzowi. A więc po prostu czekają cierpliwie, co będzie dalej. A żeby nie czekać bezczynnie, biorą się za to, co umieją, czyli idą łowić ryby. I z pewnością liczą się z tym, że będzie to ich zajęciem już do końca życia, że może Jezus jest zniechęcony do tych swoich uczniów, którzy Go tak bardzo zawiedli, i że być może znajdzie sobie kogoś innego do realizacji swoich, nieznanych jeszcze nikomu planów.

Można pytać, dlaczego Jezus kazał apostołom wrócić do Galilei. Można tu dać wiele odpowiedzi, ale w aspekcie, który nas tu interesuje, czyli misyjnym, odpowiedź mogłaby być następująca. Polecając apostołom opuścić święte miasto Jerozolimę i udać się do swojej prowincjonalnej, powszechnie lekceważonej Galilei, gdzie wykonywali niegdyś swój zawód rybaka, Jezus chciał powiedzieć, że Jego Kościół, który założy na fundamencie właśnie apostołów, nie będzie jakąś niezwykłą, nadzwyczajną organizacją, ale wspólnotą zakorzenioną w proste, codzienne, konkretne ludzkie życie. To życie i wiara w Jezusa nie mogą tworzyć dwóch oddzielnych rzeczywistości: jedna na dni powszednie, a druga na niedziele. Nie, to musi być jedna rzeczywistość; wiara musi przenikać życie, kształtować je i w nim się wyrażać. Zakładając swój Kościół, Jezus nie łamie niczego, co ludzkie, ale wszystko, co ludzkie, włącza w siebie.

 

Apostołowie idą łowić ryby z Piotrem jako swoim przywódcą, nie każdy oddzielnie. Bo słowo Jezusa, Jego misja będzie powierzona nie każdemu z nich oddzielnie, ale wszystkim razem. Jezus nie chce swego Kościoła jako luźnego zbioru pojedynczych osób, lecz chce wspólnoty, tak jak Jahwe, Bóg Starego Przymierza, powołał do życia wspólnotę ludu wybranego, by realizowała Jego misję. I nie istnieje żadna wiara chrześcijańska inna niż we wspólnocie Kościoła, żadna „prywatna” wiara sama z siebie i tylko dla siebie.

Całonocna praca apostołów była daremna – nic nie złowili. Połów udał się dopiero wtedy, gdy Jezus się do niego przyłączył. Na pewno apostołowie przypomnieli sobie wówczas Jego słowa podczas Ostatniej Wieczerzy: Beze Mnie nic nie możecie uczynić. Znaczenie tego cudownego połowu jest oczywiste: Kościół może działać owocnie i skutecznie tylko jako złączony z Jezusem. Pozostawiony wyłącznie własnym siłom jest skazany na klęskę. Dlatego dla chrześcijanina podstawowej wagi jest pytanie: „Panie Jezu, jaka jest Twoja wola? Czego wymagasz od nas tu i teraz? Czy robiąc to lub tamto, będziemy mieli Twoje błogosławieństwo i wsparcie, czy też będzie to tylko nasze prywatne przedsięwzięcie bez Ciebie, a może nawet przeciw Tobie?” A pokusa liczenia tylko na swoje siły jest wielka...

Połów apostołów był zdumiewająco obfity. W owych czasach sieci były właściwie zbyt małe i słabe, by utrzymać taki ciężar, a łodzie zbyt niestabilne, by dociągnąć go do brzegu. Tak też jest i z Kościołem. Widziany czysto „po ludzku” nie nadaje się do pracy nad budowaniem królestwa Bożego, bo wszystko, co ludzkie, jest zbyt małe i słabe, aby sprostać Bożemu dziełu. Dlatego Kościół będzie zawsze przeżywał czasy rozczarowania, zniechęcenia, pozornej bezowocności swoich wysiłków. Ale gdy uczniowie Jezusa prowadzą swe dzieło w wierze w Niego, w posłuszeństwie Jego słowu, On sam pokieruje połowem tak, że rezultaty będą nadzwyczajne, przekraczające wszelkie ludzkie rachuby.

W sieci znalazły się 153 ryby. Ta liczba ma oczywiście symboliczne znaczenie, które było wyjaśniane rozmaicie. Na przykład interpretacja św. Hieronima:

Przyrodnicy mówią, że są 153 gatunki ryb, a więc apostołowie złowili po jednej rybie z każdego gatunku. Żaden zatem gatunek nie pozostał nie schwytany, w sieci znalazły się wszelkie możliwe ryby, czyli ludzie z całego ludzkiego rodu w morzu świata zostali złowieni do zbawienia wiecznego.

Sieć apostołów nie zerwała się, choć mogła, a nawet powinna. To obraz trwałości i wytrzymałości Kościoła, kiedy w jego centrum stoi Chrystus, a nie ludzkie namiętności. Niestety, odsuwając Chrystusa na margines, chrześcijanie zerwali wiele razy sieć Kościoła. Podziały, do jakich wskutek tego doszło, pozostają do dziś najboleśniejszą raną chrześcijaństwa.

 

Nikt z apostołów nie odważył się zapytać Jezusa, kim jest. Pozostają wobec Niego pełni respektu i czci. To ważna wskazówka dla nas. Jezus jest naszym bratem i przyjacielem, ale nie kumplem, którego można by było klepać po ramieniu albo traktować nie całkiem poważnie. W duchowości chrześcijanina muszą się znaleźć dwie pozornie przeciwstawne postawy, obie równie ważne: poczucie serdecznej bliskości Boga i poczucie Jego majestatu, który człowieka nieskończenie przewyższa.

 

I ostatnia część spotkania Jezusa z uczniami nad jeziorem Genezaret: mały wspólny posiłek. Ojcowie Kościoła widzieli tu słusznie nawiązanie do Eucharystii. Kościół jest Kościołem tylko w więzi z Jezusem, a szczególnym miejscem, gdzie ta więź się nawiązuje, jest Eucharystia. Tu Jezus powtarza swoje misterium paschalne, tu żywi nas swoim Ciałem. Tego elementu nie może zabraknąć w misji Kościoła, inaczej nie byłaby to już misja Jezusa, ale nasza własna inicjatywa. Chyba my wszyscy obecni w kościele na Eucharystii rozumiemy to dobrze.

 

Zauważmy jeszcze na koniec, że Jezus zwraca się do apostołów: Moje dzieci. Chyba nie ma potrzeby komentować tego zwrotu. A apostołowie reprezentują tu przecież wszystkich chrześcijan, to do nas Jezus tak się zwraca. Trzeba to podkreślić. Słowo „misja” kojarzy się nam z reguły z jakimś zadaniem, wymaganiem, trudem, a nawet z rozrachunkiem i karą, gdy zadanie misyjne nie zostanie należycie spełnione. Ale w gruncie rzeczy ta misja jest bardzo prosta: to misja miłości. Po prostu przesyłamy dalej w świat tę miłość, którą Jezus nas obdarzył.

 

 

 

o. Janusz Serafin CSsR – pracownik redakcji kwartalnika „Homo Dei” i wydawnictwa Homo Dei – Kraków

Powrót do strony głównej

Czytelnia

Polecamy