Słowo Redemptor

V Niedziela Wielkiego Postu

Ludzie przeżywają te same sytuację życiowe, a jakże różne są ich reakcje na nie. Jedni z godnością i podniesioną głową, mężnie, mimo doznanych cierpień, upokorzeń i strat walczą o przetrwanie, nie poddają się i idą dalej, nie mówią dalsze życie nie ma sensu. Inni natomiast zupełnie odwrotnie, tracą swoją godność, załamują się nerwowo, nie potrafią już dalej żyć, nie chcą, przerywając swe cierpienia samobójstwem.

Dlaczego tak się dzieje, i co sprawia, że jedni w najbardziej skrajnych i krytycznych sytuacjach walczą nie poddają się, podejmują dalsze życie, inni zaś nie, poddają się, przerywając jak się im wydaje bezsensowne cierpienie?

Viktor Frankl (1905–1997), psychiatra austriacki, podczas pobytu w hitlerowskim obozie zagłady stwierdził, że ten koszmar udawało się przeżyć przede wszystkim tym, którzy mieli w życiu jakieś zadanie do spełnienia; którzy pragnęli wrócić do kochanej osoby czy wychować swoje dzieci. Po wyjściu z obozu zajął się psychiatrią. Odrzucił opinię Zygmunta Freuda, że przyjemność, zwłaszcza seksualna, jest motorem życia, czymś, wokół czego obracają się myśli, pragnienia i działania człowieka. Na podstawie własnych obozowych obserwacji stworzył metodę psychoterapii zwaną logoterapią, polegającą na leczeniu chorób psychicznych i nerwowych poprzez odnalezienie sensu czy też celu życia. Frankl zauważył:

– W połowie XX wieku przeprowadzono ankietę wśród ośmiu tysięcy studentów uniwersytetów amerykańskich na temat tego, co jest najważniejszą rzeczą w ich życiu. 78 procent ankietowanych odpowiedziało: odnaleźć sens swego życia.

– Mniej więcej trzecia część moich pacjentów nie ma neuroz dających się określić klinicznie, ale cierpi z powodu poczucia bezsensu. Można to nazwać powszechną neurozą naszych czasów.

Co zatem nadaje sens ludzkiemu życiu?

Wydaje się, że tym czymś jest – wiara. Już proste nasze doświadczenie uczy nas tej prawdy, którą w sposób naukowy opisał Viktor Frankl, że jeśli mamy jakiś ważny cel w życiu, to łatwiej jest nam pokonywać różnorakie trudności by go osiągnąć. Im cel jest większy, tym z większą siłą do niego dążymy i potrafimy wiele poświęcić, aby go osiągnąć. Taki sam cel, sens, musi posiadać nasze całe ziemskie życie. Taki cel delikatnie i po cichu, aby nie zburzyć naszej wolności, pokazuje nam sam Bóg. Tym celem jest On sam, życie wieczne w Nim i z Nim, w Jego królestwie. Wielu szuka tego sensu życia po omacku. Szczególnie w obliczu śmierci, która jawi się człowiekowi jako coś ostatecznego i nieodwołalnego. Dzisiejsza liturgia słowa jest jednym ze świateł, ukazujących nam sens naszego życia, byśmy nie musieli szukać po omacku.

Wiadomość o chorobie Łazarza dotarła do Jezusa w miejscu, w którym ukrył się wraz z wieloma uczniami po próbie zatrzymania i zamiarze ukamienowania Go w Jerozolimie.

Rodzeństwo Maria, Marta i Łazarz z Betanii to przyjaciele Jezusa. Znali miejsce, gdzie ukrywa się Jezus. Jezus jest w pełni człowiekiem, posiada przyjaciół, doświadcza wszystkiego, czego doświadczają ludzie, także bólu i smutku po śmierci przyjaciela. Wiadomość o chorobie Łazarza poruszyła też uczniów Jezusa, którzy znali go i jego siostry.

Jezus opóźnia przybycie do Betanii, bo w domu Jego przyjaciół, wcześniej gromadziło się wielu ludzi, którzy w Niego uwierzyli, oni powinni być świadkami tego, co się stanie. Pierwszy tydzień żałoby, bezpośrednio po pogrzebie bliskiego krewnego, spędzano we własnym domu. Żałobnicy siedzieli na podłodze i przyjmowali odwiedzających ich przyjaciół. I właśnie w Betanii, wobec tych przybywających do domu Łazarza, Marii i Marty Jezus ukazuje w pełni swoją ludzko – Boską naturę. Jezus przygotowuje uczniów i Martę do ważnego wydarzenia. Marta wyznaje, że już wierzy, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym. Maria i goście pogrzebowi wyrażają przekonanie, że Jezus, gdyby był obecny w Betanii, nie dopuściłby do śmierci Łazarza.

Jednak po śmierci Łazarza wiara jego sióstr Marii i Marty oraz innych uczniów została wystawiona na próbę. Bóg może uczynić teraz to, co jest oczekiwane dopiero w przyszłości. W świecie jednak już teraz są potrzebni świadkowie wiary w moc Boga, ufni i posłuszni Bożym obietnicom i poleceniom.

Jezus prosił Ojca o to, aby w Betanii odległej kilka kilometrów od Jerozolimy, uczynił znak, który zrodzi wiarę w Niego wielu mieszkańców wrogiej Mu Judei. Podziękował Ojcu za wysłuchanie i zawołał: „Łazarzu, wyjdź stamtąd!!!”. Łazarz na pewno umarł. Teraz pojawił się żywy.

Jezus pokazuje, że posiada prawdziwą władzę nad życiem. Przywraca do życia człowieka, którego ciało znajdowało się w grobie od czterech dni. Większość Judejczyków, którzy przyszli do Marii, po ujrzeniu tego, co uczynił, uwierzyło w Jezusa. Pomimo groźby usunięcia z synagogi, wielu ludzi widzących Łazarza wychodzącego z grobu, uwierzyło w Jezusa, że jest Mesjaszem. Moc Boga okazała się większa od presji religijnych przywódców z Jerozolimy.

Jednak nie wszyscy uwierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym. Arcykapłani i faryzeusze po tym zdarzeniu nie uwierzyli. Największy „znak” Jezusa, dar życia, prowadzi do ostatecznego aktu niewiary – oficjalnej decyzji, że Jezus musi umrzeć „za lud”.

Łazarz był bliskim przyjacielem Jezusa, tak jak Marta i Maria, byli Jego przyjaciółmi, Jego rodziną. My też jesteśmy bliskimi Jezusa, kiedy wypełnia się w nas Jego Słowo stajemy się Jego rodziną. Każdy nas jest Mu bliski i wyjątkowy. Ktoś kiedyś pięknie powiedział, że Bóg kocha nas wszystkich tą samą miłością, ale każdego w inny sposób, Jego miłość ma nieskończenie wiele odcieni. Bóg widzi naszą boleść, widzi nasz trud, naszą walkę i wzrusza się, współczuje kiedy przegrywamy. Zobacz jak Jezus płacze nad twoją raną, bólem, trudem, jakikolwiek on jest, nad twoim może poczuciem braku sensu życia…

Sytuacje naszego życia czasem wydają się nie do pokonania. Problemy nas przerastają, nie potrafimy sobie z nimi poradzić, chyba każdy kiedyś mniej lub bardziej doświadczył swoich słabości. Jezus o tym wie, zna tę słabość i jednocześnie uśmiecha się, bo widzi jej ukryty jeszcze przed nami sens. Na tym polega zaufanie Bogu, kiedy jest ciemno, to ufam, że Bóg jest przy mnie i mnie z niej wyprowadzi ku światłu by i w moim życiu mogła objawić się Jego moc.

I jak zawsze pojawia się pytanie o wiarę. Nie o to, co czujemy, o nasz ból, Jezus tego wysłuchuje i zawsze to przyjmuje, i ma dla nas nieskończone współczucie. Jednak wskazuje coś znacznie ważniejszego, coś dzięki czemu człowiek może odkryć swoją wielkość. Jezus pyta o wiarę. Ona łączy nas z Bogiem i ona odkrywa ukryty sens wszystkich wydarzeń naszego życia. Pozwala zobaczyć świat nowymi oczami, w nowej jakości… Wierzysz w to?

 

Pewnego czerwcowego poranka 1995 roku, pięcioletnia Mary przybiegła do pokoju swojej mamy, Judy Darby, aby zaanonsować jej z radością „Mamusiu, myślę, że Jezus woła mnie do domu.”

To był bardzo dziwny czas, wspomina Judy. Jej najstarsza córka, 12–letnia Rebecca właśnie skończyła opowiadać matce o swoim śnie, w którym to była w niebie w towarzystwie dziadka, sióstr i młodszego brata:

– Och, Mamo, było tam tak pięknie i wszyscy byliśmy tacy szczęśliwi.

Rozmowy o niebie nie były niczym niezwykłym w rodzinie Darby. Matka wspomina, że zwracała się do Boga z pytaniem dotyczącym dziwnych słów dzieci. Tamtego poranka powiedziała do Mary:

– Najpierw ja powinnam tam pójść przed tobą.

Na początku lipca, z okazji święta Niepodległości, cała rodzina Darby przebywała na krótkich wakacjach u rodziców Judy w pobliżu Austin. Pan Darby powrócił do domu pierwszy, wzywały go obowiązki w pracy. Judy Darby z 10–letnim synem imieniem Gary, wyjechała również wcześniej, aby syn mógł zdążyć na ważny mecz. Uzgodniono, że pozostałe dzieci odwiezie do domu ich dziadek.

W pogodny lipcowy poranek ojciec Judy zapakował pozostałą czwórkę dzieci do samochodu i ruszyli w kierunku Dallas. Byli już niedaleko, kiedy zaskoczyła ich gwałtowna burza. Na zalanej wodą drodze samochód zaczął się ślizgać, kierowca zupełnie stracił kontrolę nad pojazdem i nagle samochód został rzucony na pas z pojazdami pędzącymi w przeciwnym kierunku. Dziadek i troje starszych dzieci zginęli na miejscu, najmłodszy pasażer, trzyletni John żył jeszcze, ale nadzieja na jego uratowanie była znikoma i chłopiec zmarł później w szpitalu. Pięciu członków rodziny zginęło w jednym wypadku, lub jak mówi matka dzieci „poszli oni do domu Ojca.”

Jest to zdanie często wypowiadane przez pozostałych przy życiu członków rodziny Darby. Dla niektórych może to brzmieć jak próba osłodzenia potwornie gorzkiej prawdy, ale dla rodziny Darby to tylko zwykłe stwierdzenie wiary, która pomogła im przetrwać przez okres tragedii. Ich mocna wiara była źródłem podziwu zarówno wśród przyjaciół jak i nieznajomych.

Po wypadku ludzie we wszystkich kościołach w Dallas modlili się za ich rodzinę. Tysiące ludzi przybyło na pogrzeb. Setki rodziców i dzieci pojawiły się na modlitwie w chrześcijańskiej szkole, do której uczęszczały Rebecca i Sarah.

Wiara jest sprawą serca i ducha. Dla wielu ludzi działanie Boże nie może być zakwalifikowane w faktach i liczbach. Ale rodzina Darby wierzy w Słowo Boże i posiada niezachwianą wiarę, że Bóg jest z nimi zawsze. To co dla innych jest tylko zbiegiem okoliczności, lub tylko przejawem ludzkiej uprzejmości, dla rodziny Darby jest przejawem Bożej opieki.

Gdy po pogrzebie rodzina powróciła do pustego domu babcia dzieci zapytała:

– Jak macie zamiar to przeżyć, co macie zamiar zrobić?

Matka dzieci odpowiedziała:

– Skupimy się na Bogu, mocniej przylgniemy do Pana.

Zapytana, czy kiedykolwiek winiła Boga za to co się stało odpowiedziała:

– Bóg nie żądał ode mnie niczego ponadto czego On sam doświadczył. Moje dzieci są w najlepszym możliwym miejscu. Bóg zesłał swojego Syna na świat, aby umarł za moje grzechy.

Rodzina Darby zgodnie twierdzi, że ich pokój wypływa z relacji z żywym Bogiem. Matka opowiada, że opłakiwała swoje dzieci w ramionach kochającego Boga, to stwierdzenie ilustruje jak bliska jest jej wieź z Panem.
– Pan przytulając mnie głaskał moje włosy i pocieszał mnie.

Poczucie bliskości Boga umacniane jest także przez to wszystko, co robią dla nich obcy ludzie. Wieniec pozostawiony na drzwiach, czy doniczka z kwiatami, jest wypełnieniem obietnicy Boga o Jego ciągłej obecności i opiece.

Gdy Judy po pogrzebie poszła do pustego pokoju dziewczynek i w środku nocy płakała:

– Panie, Panie, czy kochasz mnie? Czy na pewno mnie kochasz? Daj mi znak, błagam.

Bóg odpowiedział:

– Popatrz przez okno, Ja tam jestem.

Na trawie przed domem byli liczni ludzie modlący się przy zapalonych świeczkach. Usłyszeli o tragedii tej rodziny i przyszli w środku nocy, matki i córki, ojcowie i synowie oraz wielu studentów. Judy widząc ten tłum podziękowała Bogu:
– Nigdy nie opuściłeś mnie, Panie.

Judy Darby wspomina, że jej wiara była zawsze mocna. Kiedy miała 8 lat wyznała swą wiarę w Jezusa Chrystusa i oddala mu swoje życie na dobre i na złe. Jak daleko jej pamięć sięga pamięta swą matkę zachęcającą:

– Raduj się ciepłem słońca, które Pan Bóg stworzył dla Ciebie. Słuchaj melodii wyśpiewywanych przez Jego ptaki. Ciesz się wiatrem rozwiewającym twe włosy.

– To było piękne i wtedy bardzo pragnęłam poznać Boga, który to wszystko stworzył.
Opowieści biblijne czasami stanowiły treść jej snów. Teraz w opowiadania o swoim własnym życiu Judy często wplata cytaty i odpowiednie wydarzenia z Biblii. Z Bogiem wszystko ma sens. Judy i jej maż wspominają Hioba i to jak Bóg oddał mu wszystko i to w dwójnasób. „Wszystko za wyjątkiem dzieci” – zauważają państwo Darby. Dzieci Hioba były przecież przywrócone do życia w niebie.

Judy ma teraz 40 lat, Bóg mógłby dać jej więcej dzieci. Cała rodzina się o to modli. Dla Boga nie ma nic niemożliwego. Ilekroć pomniejszona rodzina wchodzi do pustego domu, ich wzrok pada na ogromny obraz, z którego śmieją się twarze piątki blondasów. W tym właśnie pokoju cała rodzina gromadziła się poprzednio i gromadzi nadal. Każdego wieczoru ojciec rodziny czyta tu głośno Biblię. Z portretu śmieją się niemowlęce policzki Johna. Sarah, która zawsze była cicha i wstydliwa stoi z lekko opuszczoną głową. Mary z trudem powstrzymuje chichot. Twarz Rebecci otoczona jest długimi jedwabistymi włosami. Gary (jedyne pozostałe przy życiu dziecko), trzyma rękę na ramieniu małego braciszka. Powrót do cichego, pustego domu bywa dla członków rodziny niełatwy, i wtedy kolorowy portret w pokoju rodzinnym bywa źródłem ich siły. Wspomnienia o dzieciach mieszają się z zaufaniem, że to co się wydarzyło ma sens. Rodzina wierzy, że nic nie dzieje się bez przyzwolenia Boga.

– Wierzę, że nasze dni są policzone począwszy od łona matki – mówi Judy.
Pani Darby wraca wspomnieniami do nocy po wypadku. Słaby płomyk życia Johna jeszcze się tlił. Rodzina modliła się nad dzieckiem, wiedząc równocześnie, że lekarze nie dawali żadnej nadziei. Państwo Darby nigdy nie przestali wierzyć, że Bóg może go uratować, a nawet wskrzesić.

– To jest Bóg, który rozdzielił wody morza, i ten który spowodował, że woda wytrysła z kamienia, i ten który wskrzesił umarłych. Łazarz był w grobie już od kilku dni.
Pani Darby kontynuuje myśl i mówi:
– Ten sam Bóg, którego Syn leżał w grobie, ale nie pozostał tam długo.
– Wiedziałam, że Bóg może to zrobić i dla mojego Johna, i o to Go prosiliśmy.

Mimo, że Bóg milczał, rodzina wytrwale kontynuowała modlitwę. O świcie lekarze oznajmili, że rodzice muszą podjąć decyzję. Już tylko maszyny utrzymywały bicie serca ich syna. Judy ponownie zwróciła się do Boga:

– Panie, ja nie mogę tego zrobić, chyba, że Ty dasz mi poznać swoją wolę.
Zanim zakończyła swą modlitwę odezwały się wszystkie możliwe alarmy, pielęgniarki zaczęły nerwowo biegać. I wtedy zrozumiała, że nadszedł czas, aby pozwolić Johnowi odejść.

Gdzie można doszukać się w tym błogosławieństwa, gdzie był ten Bóg, który ją kochał? Judy nie ma wątpliwości. On tam był. W wieczór poprzedzający wypadek Judy rozmawiała ze swoimi dziećmi przez telefon. John błagał, aby go ukołysała. Obiecała, że zrobi to następnej nocy. I tak się stało, wzięła na ręce małe ciało z rurkami i przewodami podłączonymi do aparatów i monitora, ucałowała małe rączki. Głos Judy załamał się.
– On odszedł.
Dlaczego Bóg go nie wskrzesił? Judy zadawała to pytanie, ale tak, jak kobieta napełniona wiarą może pytać. Czy powodem była jej zbyt mała wiara? Bóg odpowiedział, że nie. Gdyby John został, nigdy nie zrozumiałby dlaczego Bóg zabrał jego ukochane siostry i byłby się odwrócił od Boga. Judy dziękowała Bogu:
– Panie, dziękuję Ci, że go zabrałeś, byłoby znacznie trudniej sercom matki, ojca, i starszego brata widzieć Johna buntującego się przeciwko Bogu, znacznie łatwiej jest znieść tę chwilową separację.

W czasie pogrzebu i potem, jedno pytanie prześladowało Judy. Czy mała, cicha Sarah wiedziała, że Bóg ją wzywa? Bóg przemówił do Mary i do Rebecci. Bóg umożliwił spełnienie obietnicy matki wobec małego Johna. Serce Judy chciało wiedzieć czy również Sarah była gotowa. Miesiące mijały i Judy wciąż zwracała się do Boga:
– Panie, czy Sarah wiedziała, że idzie do domu, aby być tam z Tobą?

Dokładnie w 4 miesiące po wypadku, 5 listopada, 1995, w czasie chłodnego jesiennego wieczoru rodzina zamierzała rozpalić w kominku. Po otwarciu drzwiczek wyczyszczonego wiosną paleniska niespodziewanie znaleźli paski papieru zapełnione dużymi niezdarnymi literami. Zaskoczeni rodzice spojrzeli na siebie. Sarah nigdy nie robiła bałaganu. Gary przypomniał sobie, że kilka dni przed lipcowymi wakacjami siostra bawiła się przy kominku naśladując scenę z filmu Mary Poppins, gdzie prośba dzieci o nianię została podarta i wrzucona do ognia, aby potem pofrunąć w górę do Mary Poppins siedzącej na chmurce. Drżącymi rękoma rodzice układali paski papieru, które były przeznaczone do niebiańskiej wędrówki. Układanka była gotowa, Sarah napisała:

„Będę z Tobą, Panie.
Będę Cię wielbić.
Będę wznosić moje słowa do Ciebie.
Będę Cię kochać Panie.
Będę Cię wielbić i nigdy Cię nie opuszczę, Panie.
Będę Cię wielbić Panie.”

– To jest czas przyszły – powiedziała Judy Darby. Sarah wiedziała.


Drodzy Bracia i siostry!

Człowiek – który odnalazł sens życia, który odnalazł wiarę w Jezusa, który dla nas umarł i zmartwychwstał, byśmy mieli życie wieczne – potrafi pogodzić się z najdotkliwszą stratą, potrafi przeżyć największy ból i cierpienie, potrafi we wszystkim widzieć sens. Człowiek pełen wiary wie, że za bramą śmierci jest życie i tylko umierając w różnoraki sposób, godząc się z utratą czegoś może otrzymać prawdziwe życie. Człowiek wiary bowiem bardzo dobrze wie, że jest w rękach kochającego Boga i dlatego wszystko co się w jego życiu wydarza prędzej czy później wyda pozytywny owoc.

Ale, kochani, taka wiara sama nie przyjdzie. O taką wiarę trzeba prosić z prostotą i pokorą na modlitwie! Trzeba nam o taką wiarę wołać, jak to czynili Apostołowie: „Panie przemnóż nam wiary!”

Za chwilę przyjdzie do naszych serc sam Jezus w Komunii św. On stanie się nam tak bardzo bliski. Prośmy Go zatem dzisiaj ze szczególną mocą o taką wiarę, jaką mieli ci, co uwierzyli w domu Mari, Marty i Łazarza, jaką ma rodzina Darby.

 

O. Andrzej Kowalski CSsR

Powrót do strony głównej

Czytelnia

Polecamy