Słowo Redemptor

14 stycznia, Bł. Piotra Dondersa - wspomnienie

Kiedy dziś wspominamy w liturgii błogosławionego Piotra Dondersa, rozpoznaję w nim z krwi i kości redemptorystę, ale też kogoś kto z niesamowitą determinacją realizuje swe marzenia. Jest to dla mnie człowiek-marzyciel, który potrafi także pomóc swym marzeniom.

Piotr Donders urodził się w 1809 roku w Holandii. Był to pierwszy syn pana Arnolda i pani Petroneli. Kilku lat po nim narodził się jego brat Marcin. W wieku 6 lat Piotr stracił swą matkę. Tato Piotra ożenił się powtórnie a macocha okazała się nadzwyczaj dobrą i pobożną niewiastą, która bardzo religijnie wychowywała synów swego męża.

Pierwszym wielkim marzeniem Piotra było marzenie o kapłaństwie. Jednak z powodu trudnej sytuacji materialnej wraz z bratem musi bardzo dużo pracować, aby pomóc w utrzymaniu rodziny. W domu państwa Dondersów często gościł głód i nędza. Nie tylko jednak pieniądze wydawały się przeszkodą w realizacji tego marzenia. Zdolności intelektualne Piotra określano jako przeciętne, a nadto też zdrowie jego wydawało się wielu osobom przeszkodą do realizacji tego marzenia.

Piotr wiedział jednak, że jego marzenia może spełnić tylko Bóg, a przecież On potężniejszy jest od wszystkich przeszkód. Inwestuje więc w wielogodzinne trwanie na modlitwie w swym parafialnym kościele. Bardzo często spędzał na takiej modlitwie połowę z całego dnia. Determinacja w realizacji tego marzenia polegała też i na tym, że pod koniec życia już O. Piotr przyzna się do tego, że właśnie modlitwa była dla niego niełatwą sprawą i kosztowała go bardzo, bardzo wiele. Ale wiedział, że innej drogi w realizacji swym marzeń nie znajdzie.

Wielką pomocą okazał się w jego sytuacji ksiądz Proboszcz widzący w jego sercu iskrę Bożą. Początkowo zleca Piotrowi prowadzenie katechez w parafii, aż w końcu po wielu latach pracy wysyła go do niższego seminarium. W wieku 22 lat Piotr rozpoczyna naukę – ale nie jako uczeń, ale jako służący – bo nikt nie wierzył, że Piotr da sobie rady.

Przez pierwsze pół roku Piotr ma tyle obowiązków, że w ogóle nie ma czasu na naukę. Dopiero gdy zabrano mu troszkę pracy fizycznej, zaczął nadrabiać zaległości w nauce. Kiedy jednak kończy niższe seminarium okazuje się, że jego marzenia pozostają nadal tylko marzeniami, bo trudności mnożą się coraz bardziej.

Piotr nie ma szans wstąpić do Wyższego Seminarium, gdyż według ówczesnego prawa kościelnego, jeśli któryś z kandydatów nie miał dostatecznego zapewnienia, iż będzie miał z czego się utrzymać po święceniach, to w ogóle do tych święceń nie mógł być dopuszczany.

Doradzono mu, aby szukał szczęścia w zakonach. I tak zaczyna się pukanie Piotra z prośbą o przyjęcie do jezuitów, redemptorystów, franciszkanów - ale nikt widząc go nie wierzył, że da sobie rady z wyzwaniami życia, więc odsyłano go dalej.

I wtedy dzieje się dziwna rzecz. W Wyższym Seminarium Duchownym widząc jego niesamowite pragnienie bycia kapłanem, odczytano je jako znak woli Bożej i zmieniono pierwotną decyzję. I tak w 1937 r. rozpoczyna upragnione studia seminaryjne.

Przełomem jednak był dla Piotra rok 1839 r., kiedy to do seminarium przybywa prefekt apostolski Surinamu i opowiada o pracy duszpasterskiej w dalekim kraju. Serce Piotra od razu mocniej zaczęło bić, jakoby ten cały apel o pomoc dla Surinamu skierowany był właśnie bezpośrednio do niego. Kończy studia, przyjmuje święcenia kapłańskie w 1841 roku i wie, że Bóg czeka na niego bardzo, bardzo daleko od ojczyzny.

Kolejne jego marzenie realizuje się już bardzo szybko bo w następnym roku po święceniach. Udaje się więc na misje do Surinamu w Ameryce Południowej. Płynął statkiem do kraju swych marzeń 46 dni.

Przybywszy do Paramaribo natychmiast przystępuje do pracy duszpasterskiej, która początkowo polegała na regularnym docieraniu do pracowników na plantacjach położonych wzdłuż rzek, na przepowiadaniu Bożego Słowa oraz na sprawowaniu Sakramentów Świętych. Pracował przede wszystkim wśród niewolników murzyńskich, których przygotowywał głównie do chrztu. W ciągu życia ochrzcił ich około 3 tysięcy. Ale za każdym razem był poruszony sytuacją w jakiej żyli. W wielu listach wysyłanych do przyjaciół i do władz wyrażał oburzenie z powodu brutalnego traktowania ludności afrykańskiej, zmuszanej do niewolniczej pracy na plantacjach.

W tym kontekście zrodziło się kolejne marzenie księdza Piotra – praca dla jeszcze bardziej potrzebujących – dla trędowatych. W roku 1856 zgłasza się do pracy w Batavi, gdzie oni przebywają. Miłość skłaniała go do troski nie tylko o sprawy duchowe swoich podopiecznych, ale i o materialne. Kiedy nie udaje mu się przekonać władz, by zabezpieczyły im właściwą opiekę, próbuje sam ich leczyć. Wszystkimi dostępnymi sobie środkami stara się polepszyć warunki życia trędowatych i dzięki niezmordowanej energii, z jaką informuje władze kolonialne o potrzebach chorych, udaje mu się wiele osiągnąć.

W czasie tej pracy ks. Piotr nie przestaje marzyć, aby jeszcze piękniej oddać się Bogu. Kiedy w roku 1866 redemptoryści przybywają na misje do Surinamu ksiądz Donders wraz z jednym ze swoich przyjaciół, prosi od razu o przyjęcie do Zgromadzenia. Miał wtedy 57 lat życia. Ale to marzenie stania się redemptorystą zaczęło się od książki opisującej żywot św. Alfonsa Liguori – założyciela redemptorystów. Czytając tę książkę ks. Piotr doszedł do wniosku, że całe jego życie jest życiem redemptorysty, choć nie miał szans na razie oficjalnie nim się stać. Wstępuje więc do nowicjatu, po którym składa pierwsze śluby zakonne w 1867 roku.

Po nowicjacie Piotr wraca do Batavi. Dzięki uzyskanej pomocy dla trędowatych, może poświęcić więcej czasu dziełu, które od dłuższego czasu prowadził. Jako Redemptorysta, swoją uwagę kieruje w stronę najbardziej opuszczonych czyli tym razem do Indian Surinamu. Im to już prawie do śmierci poświęci dalsze swe życie. Rozpoczyna od uczenia się ich rodzimych języków i przystępuje do nauczania Indian wiary chrześcijańskiej. Będzie to czynił dopóki starczy mu sił.

W roku 1883 Wikariusz Apostolski, chcąc ulżyć mu w pełnionych przez niego już od wielu lat obowiązkach, przenosi go do miast, gdzie warunki życia były lepsze. Jednak o Piotr tęskni za swoimi ubogimi i w roku 1885 wraca do Batavi. I tu na nowo podejmuje dawne obowiązki, które pełni aż do grudnia następnego roku, kiedy to stan jego zdrowia znacznie się pogorszył. Przepowiedział datę swej śmierci i umiera 14 stycznia 1887 roku. Tak zakończył życie człowiek, który nie bał się marzeń.

Kiedy sława jego świętości rozeszła się poza granice Surinamu i rodzinnej Holandii, rozpoczyna się proces jego beatyfikacji, którego finiszem stała się sama uroczystość beatyfikacyjna, której przewodniczył Papież Jan Paweł II, 23 maja 1982 roku w Rzymie.

O. Piotr całe swe życie marzył i pomagał swym marzeniom i tak doszedł do świętości.  Ten błogosławiony redemptorysta chce właśnie tego nas uczyć, abyśmy nie bali się marzeń związanych z pracą dla Boga, mimo że te marzenia mogą się wydawać nierealne czy dalekie, ale jeśli są związane z Bogiem to przecież Bóg jest większy od wszelkich przeszkód.

o. Jacek Zdrzałek CSsR

Powrót do strony głównej

Czytelnia

Polecamy