Poniedziałek, 4 maja 2026 roku, V tydzień wielkanocny, Rok A, II
Słowa, które dziś słyszymy w Ewangelii według świętego Jana, są słowami, które nie pozwalają przejść obojętnie, bo Jezus nie daje nam tu żadnej łatwej drogi ani żadnego kompromisu. On mówi jasno i zdecydowanie: „To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem”. W dodatku zaraz potem dodaje zdanie, które jest jak uderzenie w nasze serce i nasze sumienie: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”.
I to zdanie nie jest tylko piękną myślą, którą można powtórzyć i zapomnieć – to jest prawda, która domaga się konkretu, domaga się odpowiedzi. Jezus nie mówi o miłości wygodnej, nie mówi o miłości łatwej, nie mówi o miłości, która kończy się tam, gdzie zaczyna się trud. On mówi o miłości, która idzie aż do końca, aż do oddawania swojego życia.
Kościół daje nam dziś świętego Floriana nie obok tej Ewangelii, ale w jej samym sercu. Bo to nie jest tylko patron od ognia i wody. To człowiek, który potraktował słowa Jezusa całkiem serio. Był żołnierzem, był człowiekiem odważnym, zdyscyplinowanym, przyzwyczajonym do rozkazów, a jednak przyszedł moment, w którym kazano mu zrobić coś pozornie niewielkiego. Miał rzucić garść kadzidła przed posągiem pogańskiego bóstwa. I ktoś mógłby powiedzieć: to nic takiego, to tylko gest – można to zrobić i żyć dalej, można się dostosować, można się ugiąć, można zachować życie.
Ale on wiedział, że miłość do Boga i prawda nie znoszą kompromisu. Wiedział, że są rzeczy, których nie wolno zdradzić. Wierzył, że są wartości, które nie podlegają negocjacjom, że są momenty, w których człowiek musi powiedzieć „nie”, nawet jeśli to „nie” kosztuje wszystko. Dlatego właśnie oddał życie.
I tu zaczyna się głębokie połączenie między jego życiem a waszą służbą, drodzy strażacy. Bo i wy stajecie w sytuacjach, w których nie da się być „trochę odważnym”. Albo się idzie – albo się zostaje.
I dlatego dziś, podczas tej Mszy św., kiedy jesteście tu obecni, te słowa nabierają niezwykłej mocy i niezwykłego realizmu, bo wy tę Ewangelię przeżywacie nie w teorii, ale w praktyce, nie w słowach, ale w czynach. Dla was miłość nie jest abstrakcją. Dla was miłość nie jest tylko uczuciem, nie jest tylko deklaracją, ale jest decyzją – jest gotowością, aby iść tam, gdzie nie każdy ma odwagę i siłę.
Bo kiedy rozlega się sygnał, nie ma czasu na kalkulację, nie ma czasu na wygodę, nie ma czasu na pytania: czy to bezpieczne, czy dam radę, czy wrócę – jest tylko jedno: iść, a czasem biec.
Bo wy wchodzicie w ogień, kiedy inni uciekają. Wchodzicie w miejsca, gdzie człowiek traci orientację, gdzie oddech staje się walką, gdzie każda sekunda może decydować o życiu albo śmierci. Właśnie tam realizuje się Ewangelia, właśnie tam wypełniają się słowa Jezusa o miłości.
Jesteście podczas powodzi, kiedy woda zabiera ludziom dorobek całego życia, kiedy człowiek patrzy bezradnie, jak znika jego dom, jego praca, jego bezpieczeństwo. I wtedy wy wchodzicie w tę zimną wodę, w niepewność, żeby ratować, żeby wynosić, żeby ocalać, żeby być przy człowieku, który nagle został z niczym.
Jesteście pierwsi na miejscu wypadków drogowych, kiedy panuje cisza przerywana krzykiem, kiedy wszystko dzieje się naraz, kiedy człowiek leży uwięziony w zniszczonym samochodzie. Jesteście tam, kiedy ktoś walczy o oddech, o życie – i to wy podchodzicie pierwsi, to wy dotykacie tej tragedii z bliska, to wy walczycie o każdą sekundę.
I właśnie tutaj dochodzimy do najważniejszego momentu. Bo można oddać życie w jednej chwili – ale można też oddawać je każdego dnia. Bo Jezus nie mówi tylko o miłości w sytuacjach ekstremalnych. On mówi o miłości codziennej.
Bo można wejść w ogień i uratować czyjeś życie – a nie mieć cierpliwości dla własnego dziecka. Można ratować ludzi na drodze – a nie mieć czasu dla żony, męża, rodziny. Można być bohaterem na akcji – a w domu milczeć, ranić, zamykać się.
A przecież to właśnie tam – w domu, w rodzinie, w codzienności – zaczyna się prawdziwa miłość.
To jest cierpliwość, kiedy się nie chce.
To jest przebaczenie, kiedy boli.
To jest wierność, kiedy nikt nie widzi.
To jest uczciwość, kiedy można byłoby inaczej.
Święty Florian nie stał się bohaterem w jednej chwili. On wcześniej nauczył się być wiernym w małych rzeczach. I dlatego wytrzymał w tej największej próbie.
Dlatego Jezus mówi dziś do was i do każdego z nas: „Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję”.
A więc nie wystarczy działać. Nie wystarczy być odważnym na zewnątrz. Trzeba kochać w środku. Trzeba być wiernym w codzienności. Trzeba być człowiekiem, który nie sprzedaje wartości za wygodę, za chwilowy spokój, za łatwe rozwiązania.
I dlatego dziś każdy z nas powinien zrobić jeden konkretny krok. Zacznij od jednego: od jednej konkretnej decyzji miłości jeszcze dziś.
Od telefonu, który odkładasz.
Od rozmowy, której unikasz.
Od słowa „przepraszam”, które nie chce przejść przez gardło.
Od chwili cierpliwości tam, gdzie zwykle pojawia się gniew.
Bo miłość nie zaczyna się w wielkich czynach.
Miłość zaczyna się w małych decyzjach.
I dlatego dzisiejsza Ewangelia nie jest tylko pochwałą heroizmu, ale jest wezwaniem do prawdziwej miłości, która zaczyna się w sercu i przenika całe życie.
I zapamiętajcie jedno zdanie: największa miłość to nie tylko ta, która oddaje życie raz – ale ta, która oddaje siebie każdego dnia.
Bo tylko taka miłość ma sens. Tylko taka miłość przetrwa. Tylko taka miłość prowadzi do życia.
Niech święty Florian wyprasza wam odwagę nie tylko w ogniu, wodzie i na drodze, ale przede wszystkim w sercu. Abyście nie tylko ratowali życie innych, ale nie zgubili miłości w swoim własnym życiu. Amen.
Drukuj... 
Misjonarz Prowincji Warszawskiej Redemptorystów, Parafia Matki Bożej Królowej Polski (Sanktuarium Matki Bożej Nieustającej Pomocy) – Elbląg
o. Łukasz Baran CSsR